Patrz tam gdzie nie widać niczego.

niedziela, 25 marca 2012

[284]

     Trochę mnie tu nie było no ale swoją drogą po co skoro i tak nikt tu nie zagląda ^^
     Oto czym byłam zajęta przez ostatni tydzień kiedy to siedziałam na antybiotyku:


sobota, 10 marca 2012

[282]

W poniedziałek przyjadą tabliczki. Będę całymi dniami tkała krajki :)

sobota, 3 marca 2012

[277]



            
 Porcelanowa lalka
            Nie wieże w przeznaczenie. Nie podoba mi się idea, że całe moje życie może być już z góry przesądzone, że jakiś ktoś napisał do niego scenariusz a mi zostaje trzymać się tekstu bez możliwość improwizowania. Jednak mimo to lubię myśleć, iż nasze spotkanie było sprawką opatrzności. Może to nie przypadek, że w tedy właśnie o tej godzinie, tego dnia znalazłem się w tym a nie innym miejscu?
           Padało. Cholerny deszcz nieprzerwanie lał zupełnie tak jakby za punkt honoru wziął sobie wyrobić w jeden dzień roczny limit. Słońce zaszło jakiś czas temu zabierając ze sobą resztki ciepła. Marzłem wiec teraz siedząc na ławce w centrum miasta z głową oparta na dłoniach podziwiałem niesamowity kunszt rzemieślników, którzy kilka lat temu układali chodnikowe kafelki. Misterna robota trzeba przyznać. Nie umniejsza jej nawet fakt, że szaro brązowe płytki popękały już w niektórych miejscach przekrzywiając się przy tym i skutecznie chamiejąc młodzież poruszająca się na deskach, rolkach oraz rowerach. Widać powszechna moda renowacji „reprezentatywnych” części aglomeracji do mojego miasta jeszcze nie dotarła. To nic, to nic. W końcu stara pamiętająca czasy gigantycznych kolejek i kartek na żywność lampa mogłaby nie przeżyć zmian i zgasnąć – zwłaszcza, że i tak świeci jedynie na słowo honoru – a przeczesz wszystkie te budynki bez jej smętnego pomarańczowego światła straciłyby swój urok prawda?
           Sceneria była ponura, nie miałem jednak większego wyboru jak sterczeć tu niczym bezdomny, bo przeczesz do domu wrócić nie mogłem. Musicie, bowiem wiedzieć, iż tego dnia straciłem wiarę w miłość. Ten, który miał być mi towarzyszem na resztę dni, który szeptał do ucha na zmianę wysublimowane wyznania miłosne i sprośności, przy których rumieniłaby się kurtyzana z 20 letnim stażem, ten, dla którego gotów był bym skoczyć w ogień zdradził mnie. Najpewniej nie po raz pierwszy i gdyby nie mój wcześniejszy powrót do domu nigdy bym się o tym nie dowiedział. Cudem jedynie on oraz jego „kochanek” uszli z życiem. Zwłaszcza, że ów kochanek miał tylko metr dziewięćdziesiąt i na oko jedynie sto kilka kilogramów. Jakież to szczęście, iż jestem opanowany prawda? W każdym razie 3 godziny dałem mu na wyprowadzkę i tak oto moknę na pustej ulicy niczym główny bohater amerykańskiej komedii romantycznej.
           Rozległ się dziwię sklepowego dzwonka – wiecie takiego, jaki umieszcza się tuz nad drzwiami by informował o nowych interesantach, – który z powodzeniem zagłuszyły uderzające o bruk krople wody. Nie minęła chwila a padł na mnie cień tęczowej parasolki zaś w obrębie mego wzroku znalazły się dwa zielone kalosze, ale nie z serii tych, co to je rybacy zakładają, bo im pasują do spodni w moro. Nie, te były wytworniejsze, o ile kalosze mogą być wytworne rzecz jasna. Podniosłem wzrok. Stał nade mną przyjaźnie uśmiechnięty chłopak o długich splecionych w ciasny warkocz, brązowych włosach. Wyglądał na młodego, 18 może 19 lat.  Zamiast kurtki, którą przeczesz wciąż o tej porze roku wypadałoby nosić, miał na sobie jedynie cienką bluzę. Trzymał w rękach dwie parasolki. Jedna nad moją, drugą nad swoją głową. Przez chwile próbowałem przypomnieć sobie jego twarz, gdy jednak nie przyniosło to rezultatów zakwalifikowałem do do kategorii „nieznajomych”.
 

[276]


czwartek, 1 marca 2012